- Co po lewej! – warknęła nieco głośniej niż by chciała.
- Po lewej jest twoja kawa. Po prawej moja herbata – spokojnie wyjaśnił.
Kajetan stał w drzwiach do salonu w samych dżinsach z koszulką w ręku. Niewysoki, szczupły. Z blond włosami. Był wysportowany. Biegał niemal codziennie od lat, zazwyczaj na dystansie 10 km. Dokładnie tyle, ile ma droga od domu do krzyża. Mieszkał w Warszawie, ale nawet w tak dużym mieście można znaleźć przydrożne krzyże. Ten „jego” był przy drodze do Powsina. Bieganie go relaksowało. Pozwalało zapomnieć o pracy, którą mimo wielu narzekań jednak lubił. Jako student zawsze zazdrościł mijanym na ulicy elegancko ubranym ludziom z walizkami na kółkach. Zazdrościł im tego tempa, pośpiechu i podróży. Dzisiaj to on się ciągle gdzieś śpieszył. Jego służbowy kalendarz napięty był do granic możliwości. Spotkania, konsultacje, posiedzenia, narady… no i delegacje. Samolot do Brukseli, Londynu, Rzymu. Był już chyba w każdym większym mieście Europy. W podróży spędzał 2-3 dni w tygodniu. Do perfekcji opanował pakowanie. Na pamięć znał lotniska. Wiedział doskonale ile czasu zajmie podróż taksówką w południowym szczycie w Londynie, a ile w drodze na lotnisko w Brukseli w piątkowe popołudnie. Był dobrym organizatorem. Nawet czas na sen miał zaplanowany. Mimo wszystko pilnował, aby praca nie pochłonęła całego dnia. Dlatego zdarzały się także i takie popołudnia jak to dzisiejsze z Ingą. Choć różniło ich wiele. Ona spontaniczna, choleryczka, niecierpliwa. Żyła tu i teraz. Przeszłość i przyszłość jej nie interesowały. A mimo wszystko się przyjaźnili. Spędzali ze sobą sporo czasu. Kino, teatr, rower czy też spacer. Albo jak dziś. Telewizja. Leniwe chwile, bez konieczności myślenia.
- Ubrałbyś się – powiedziała spoglądając na niego. Siedziała w jego salonie, na jego kanapie i oglądała kolejny film w jego telewizorze.
- Przebieram się. Nie będę paradował w garniturze przez cały dzień. Jestem po pracy i mogę go w końcu zrzucić – wyburczał wkładając koszulkę – Czekaj, przyniosę ci mleka. Nie wiem jak możesz pić kawę o tej porze. Ja bym nie zasnął do świtu.
- Bo masz 40 lat.
- Jeszcze nie – odpowiedział zirytowany – Jeszcze brakuje mi pół roku.
Salon miał gołębio-szare ściany, jasną dębową podłogę i drewniane meble. Wszystko w stylu skandynawskim. Wszystko było nowe. Mieszkanie też. Kupił je, na kredyt (a jakże!) i wprowadził się 3 miesiące temu. Po latach wynajmowania, zapragną czegoś swojego. Wystrój zdradzał jego zamiłowanie do minimalizmu. Z drugiej strony był gadżeciarzem. Telewizor, sprzęt audio było najwyższej jakości. Zarządzane głosem lub przez tablet. Słuchając muzyki lub oglądając film lubił czuć każdy dźwięk, szczególnie te niskie wibrujące gdzieś głęboko w nim.
- Co oglądasz? – spojrzał na telewizor i dostrzegł czarno-biały film.
- Wojna domowa. Ten odcinek z babcią – uśmiechnęła się.
- Ten gdzie za Warszawę ty się będziesz tłumaczyć?
Oboje się roześmiali. Bawiły ich stare, polskie seriale. I on i Inga byli singlami. Nie z przekonania. Jakoś tak się życie potoczyło. Obydwoje przyjezdni. Z prowincji. A duże miasto podobno daje większe szanse. Inga z tej szansy jednak nie chciała skorzystać. Przynajmniej nie zawodowo. Nie potrafiła się dostosować do pracy w grupie, do ram, jakie narzucały firmy. Była niezależna. Sama chciała decydować o tym, co robi. Była dziennikarką, wolnym strzelcem. Nigdy nie chciała się zamykać w jednej tematyce. Raz pisała o wojnie w Bośni, innym razem o szczycie Eurogrupy, a zaraz potem jechała na Podlasie, żeby zebrać materiał o szeptuchach. Potrafiła spędzić miesiąc w szałasie w Białowieży, żeby poznać bohaterów swoich reportaży. Pieniądze ją cieszyły jak były. Jak ich brakowało, nie było tragedii. Spać miała gdzie. Do jedzenia zawsze się coś znalazło. Na przykład tak jak teraz – w lodówce Kajetana.
Inga była jak Scarlet O’Hara – nie była piękna, ale mężczyźni nie mogli przejść obok niej obojętnie. Zdarzały się poważne propozycje składane na środku ulicy, a nawet oświadczyny. Przestała już zwracać na to uwagę.
- Jak dzień? – zapytał i wziął duży łyk herbaty. Aromatyczny, gorący płyn rozlał się po jego przełyku. Nauczył się tego w Libii, gdzie spędził połowę dzieciństwa. Jego rodzice byli lekarzami. W latach osiemdziesiątych kontrakt w krajach arabskich był jedną z niewielu szans uczciwego dorobienia się przyzwoitych pieniędzy w komunistycznym kraju. Lubił Libię, jej klimat, ludzi, kulturę. Pamiętał jak niemal każdego dnia stary, dozorca w szpitalu w Sabsze powtarzał Europejczykom jak mantrę „na upały najlepsza gorąca, słodka herbata z miętą”. A tego dnia upał nie dawał wytchnienia. Był koniec maja, ale od 2 tygodni Polskę nękały wysokie temperatury bliskie 35 st. Synoptycy przewidywali, że tegoroczne lato będzie suche i ciepłe.
- No właśnie – mruknęła Inga.
- Co no właśnie?
- No właśnie to dziwne... – odwróciła się ku niemu i spojrzała z niepokojem.
- Jak zawsze – wzruszył ramionami i wziął kolejny łyk herbaty. Tym razem jednak smakowała już inaczej.
- No właśnie to dziwne... – odwróciła się ku niemu i spojrzała z niepokojem.
- Jak zawsze – wzruszył ramionami i wziął kolejny łyk herbaty. Tym razem jednak smakowała już inaczej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz