2016/06/13

rozdział 2. Nowy etap

Było późne, piątkowe popołudnie. Ciepłe promienie słońca przyjemnie wdzierały się do sypialni przez bambusowe żaluzje. Bartek spał w ubraniu na łóżku. Obudził się z bólem głowy i nudnościami. Od razu przypomniał sobie powód złego samopoczucia, choć szczegóły najwyraźniej mu umknęły. Choć by ten dotyczący powrotu do domu. Ni jak nie mógł odtworzyć w głowie tej sceny. Spojrzał na lewo, później na prawo. Był sam.
- Szkoda – powiedział do siebie. Bywały takie poranki, kiedy budził się w czyimś towarzystwie.
- Właściwie nie dziwne. Śmierdzę petami i wódą. Ale z drugiej strony impreza była nieziemska… – wymruczał do siebie i zaczął się zwlekać powoli z łóżka. Głowa mu pulsowała, jak by coś koniecznie chciało się z niej wydostać. Ręce lekko drżały. Ale najgorszy był ten smak w ustach… czuł, że zaraz zwymiotuje. Syndrom dnia następnego. Po prostu kac.

Nadepnął na coś. Pilot do radia. Z głośników wydobył się dźwięk.
- „…do dwudziestu dziewięciu na Pomorzu, trzydziestu na Mazurach, 33 w Centrum do 35 na południu. Tak, więc jak widzicie weekend zapowiada się wymarzony do wypadu za miasto…” – prezenter w radiu skończył czytać prognozę. Całe mieszkanie wypełniły dźwięki „Walk on the wilde side” Lou Reed-a. Bartek ściszył nieco radio. Lubił jak coś w domu gra. Poza tym chciał być ciągle na bieżąco. Wiadomości, wydarzenia z kraju, świata, polityczne, gospodarcze, kulturalne… dawały mu poczucie bycia w głównym nurcie życia.

Bartek właśnie skończył studia na Polibudzie. Obronił dyplom, magisterkę. Trzeba było to jakoś uczcić. Pewnie to już ostatnia taka impreza. Ojciec zawsze mówił, żeby korzystał póki może. Po studiach trzeba spoważnieć, poszukać pracy, pomyśleć o założeniu rodziny. Wiedział, że ma rację. Miał 26 lat i zupełnie nowy etap życia przed sobą. Mieszkanie już miał. Po babci. W samym centrum Warszawy, tuż przy Parku Łazienkowskim. Dobrze się tu mieszkało, te ściany kryły dobre wspomnienia beztroskiego dzieciństwa.

Powoli, żeby nie wzburzyć w sobie gniewu natury przeszedł do kuchni. Na szczęście na stole stała mineralne. Duży łyk, potem drugi i trzeci. Zrobiło się lepiej. Ale nie na długo. Gdzieś w połowie drogi między kuchnią a sypialnią, jakby ze zdwojoną siłą, owoce nocnej zabawy i żołądek dawały znać o sobie. Wiedział, że nie ma pigułki na kaca. Ale był jeden sprawdzony sposób. Spalić aldehyd.

Kilkanaście minut później biegł już Alejami Ujazdowskimi wzdłuż Łazienek. Po prawej stronie z biur Kancelarii Prezesa Rady Ministrów wylewały się rzesze urzędników. Po lewej wystawa plakatów promujących Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej. Westchnął w duchu. Już za parę dni znów kraj opanuje piłkarska euforia, znów wszyscy będą snuć wizje Polski, jako zwycięscy, a parę meczów później rozpoczną się oceny i rozliczenia. Czy to kolejny mundial, czy też Euro, scenariusz zawsze był taki sam. Mecz otwarcia, o wszystko i o honor. Bartek nie należał do miłośników futbolu. Bardziej interesował go tenis, a już całkowicie pochłaniało go rugby. Ale to nie był dobry kraj dla tych dyscyplin.

Główną bramą wbiegł do parku spoglądając na pomnik Chopina siedzącego pod wierzbą. Ze słuchawek do jego uszu przedzierała się Missy Higgins.
- All the girls are drunk. Maybe so am I – podśpiewywał sobie pod nosem. Jakie to aktualne w jego przypadku – pomyślał.
Nye” – to dobry kawałek, aby złapać odpowiednie tempo joggingu. I zaczynał czuć, że ten przeklęty aldehyd się w końcu spala. Nudności trochę ustąpiły, ból głowy zaczął przechodzić. W parku nie było zbyt wiele osób. Przy Pałacu na wodzie kręciły się jak zwykle wycieczki. Parę starszych osób siedziało na ławkach i czytało. Kilkadziesiąt metrów przed nim biegł chłopak w jaskrawo-zielonych butach, gdzieś po lewej, między drzewami migała postać kobiety, której jogging najwyraźniej sprawiał problem. Bartek lubił wysiłek fizyczny. Powodował u niego przypływ energii i dobry nastrój na najbliższe godziny. Do tego jeszcze majowe słońce i soczysta świeża zieleń drzew dookoła. Stres ostatnich tygodni zaczął być już tylko wspomnieniem. Tak jak i kac.

Teraz jednak w głowie pojawiły się nowe myśli. Nowe wyzwania. Co prawda planował od dawna wakacje – samotny wypad w góry, ale już teraz należało poważnie zacząć szukać pracy. Pewnie, że dobrze by było znaleźć coś poważnego, ambitnego, za przyzwoite pieniądze. Do tego jednak trzeba się poważnie przygotować. Opracować plan, poszukać firm na rynku, napisać CV. To nie ma być jakaś tam praca wakacyjna.
Spojrzał na zegarek. Biegał niemal 90 min. Nieźle, jak na to co się z nim działo jeszcze parę godzin temu.

Wszedł po schodach. Mieszkał na drugim piętrze. Otworzył drzwi.
- „... tak więc już za parę tygodni rozpęta się wyborcza burza. Będzie to doskonały sprawdzian poparcia partii rządzącej przed przyszłorocznymi wyborami do Sejmu i Senatu. No, może tylko kandydaci będą nieco inni. Bardziej merytoryczni. To w końcu wybory do Parlamentu Europejskiego…” – radio w domu cały czas było włączone i nadawało popołudniową audycję „Zapraszamy do Trójki”.

Bartek wszedł do łazienki. Był mokry od potu. Zdjął z siebie ubranie, stanął pod prysznicem i odkręcił zimną wodę. Było dobrze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz